Oops! It appears that you have disabled your Javascript. In order for you to see this page as it is meant to appear, we ask that you please re-enable your Javascript!
Trzeźwiejący alkoholik – o życiu i trzeźwieniu..

Nie potrafiłbym zrozumieć i przepracować programu bez studiowania  literatury oraz doświadczeń innych alkoholików – szczególnie mojego sponsora.  Dlatego też analizę każdego kroku polecam zacząć właśnie od zapoznania się z odpowiednimi fragmentami literatury. Na końcu dopiero zamieszczę własne doświadczenia .

Literatura :

1) Fragment książki „12 kroków i 12 tradycji AA” – rozdział : „Krok Dwunasty”

Książkę tę można zakupić na prawie  każdym mitingu AA . Można zamówić ją także na stronie fundacji AA w Polsce – oto link do sklepu :  

Jeżeli chcesz przeczytać tę książkę w  języku angielskim, francuskim lub hiszpańskim – kliknij na właściwy odnośnik z nazwą języka.

Krok Dwunasty :

Przebudzeni duchowo w rezultacie tych Kroków, staraliśmy się nieść posłanie innym alkoholikom, i stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach

Poniższy tekst pochodzi z książki „12 Kroków i 12 Tradycji AA”

Treścią Dwunastego Kroku AA jest radość życia, a jego istotą – działanie. Oto teraz zwracamy się na zewnątrz, ku naszym towarzyszom niedoli, wciąż jeszcze cierpiącym alkoholikom. Teraz mamy szansę dawać innym, nie oczekując w zamian żadnych nagród. Teraz zaczynamy stosować wszystkie Dwanaście Kroków w codziennym życiu, zyskując dla siebie i otaczających nas osób trzeźwość umysłu i uczuć. W swej najgłębszej istocie Dwunasty Krok mówi o miłości, o takim jej rodzaju, na który nie ma ceny.

Dwunasty Krok mówi również o tym, że w rezultacie stosowania wszystkich Kroków każdy z nas doznał czegoś, co można określić jako przebudzenie duchowe. Dla nowicjuszy w AA brzmi to często dość wątpliwie i nieprawdopodobnie. Pytają oni: „Co macie właściwie na myśli, mówiąc o tym przebudzeniu duchowym?”

Być może istnieje tyle definicji przebudzenia duchowego, ilu ludzi, którzy go doświadczyli. Ale na pewno wszystkie, jeśli są autentyczne, mają wspólne cechy. Nie są one trudne do uchwycenia. Najbardziej uderzające jest to, że człowiek przebudzony duchowo staje się zdolny robić, odczuwać i wierzyć w to, czego poprzednio nie potrafił robić sam, w oparciu o swoje własne siły i środki. Otrzymał on dar w postaci nowego stanu świadomości i istnienia.

Znalazł się na szlaku, który rzeczywiście dokądś prowadzi, który przekonuje, że życie nie jest ślepą uliczką ani grą, w której trzeba zwyciężać albo przynajmniej przebrnąć do końca. Nastąpiła w nim prawdziwa przemiana, ponieważ zaczął czerpać siły ze źródła, którego dotychczas w taki czy inny sposób unikał. Osiągnął taki stopień uczciwości, tolerancji i spokoju umysłu, zdolności do poświęceń i miłości, do jakiego w swoim przeświadczeniu nie był zdolny. Jest to dar, nie nagroda, ale zwykle dar ten jest poprzedzony osiągnięciem pewnej gotowości na jego przyjęcie.

Sposobem w jaki AA przygotowuje nas do przyjęcia tego daru jest stosowanie programu Dwunastu Kroków.Przypomnijmy więc sobie pokrótce,co staraliśmy się robić aż do tego momentu.

Krok Pierwszy ukazał nam zadziwiający paradoks: Przekonaliśmy się, że nigdy nie zdołamy uwolnić się od alkoholowej obsesji, dopóki nie przyznamy się, że jesteśmy wobec niej bezsilni. W Drugim Kroku przekonaliśmy się, że ponieważ sami nie potrafimy przywrócić się do zdrowia, musi to zrobić jakaś Siła Wyższa, bo inaczej będzie z nami koniec. Konsekwentnie, w Trzecim Kroku powierzyliśmy naszą wolę i życie opiece Boga, jakkolwiek Go pojmujemy. Ci z nas, którzy byli ateistami lub agnostykami, doszli do wniosku, że TYMCZASEM mogą uznać za siłę wyższą swoją grupę lub AA w całości. Poczynając od Kroku Czwartego, zaczęliśmy poszukiwać w sobie tych cech osobowości, które doprowadziły nas do fizycznego, moralnego i duchowego bankructwa. Zrobiliśmy gruntowny i odważny rachunek moralny. Krok Piąty był rezultatem decyzji, że zrobiony samotnie rachunek moralny nie wystarcza. Wiedzieliśmy już, że musimy przerwać koszmar samotnego zadręczania się naszymi konfliktami, wyznając je jak najszybciej Bogu i drugiemu człowiekowi. Wielu z nas długo unikało Szóstego Kroku, i to z bardzo praktycznego powodu: nie życzyliśmy sobie usunięcia wszystkich wad charakteru, bo do niektórych byliśmy aż nazbyt przywiązani… Wiedzieliśmy jednak, że jakoś musimy pogodzić się z samą zasadą Szóstego Kroku. Postanowiliśmy więc, że choć na razie trudno jest nam pozbyć się niektórych z pośród naszych słabości, powinniśmy jednak przestać się upierać, że nigdy, przenigdy z nich nie zrezygnujemy. Powiedzieliśmy więc sobie: „Jeśli dziś jeszcze nie mogę, nie znaczy to, że tak musi być zawsze”. W Kroku siódmym zwróciliśmy się do Boga w pokorze, aby usunął te nasze braki, które On uznał za słuszne usunąć akurat wtedy, kiedy składaliśmy te prośbę. Krok Ósmy był kontynuacją porządków domowych, przekonaliśmy się bowiem, że byliśmy w konflikcie nie tylko ze sobą, ale także z całym naszym środowiskiem życiowym. Musieliśmy zakończyć wszystkie zwady i dlatego zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim. Konsekwentnie, w Kroku Dziewiątym zadośćuczyniliśmy osobiście wszystkim poszkodowanym, z wyjątkiem przypadków, gdy mogłoby to kogoś zranić. Jednocześnie w Dziesiątym Kroku, przygotowaliśmy grunt do życia na co dzień, zdając sobie wyraźnie sprawę z konieczności kontynuowania rachunku moralnego i natychmiastowego przyznawania się do popełnianych błędów. Krok Jedenasty uwidocznił nam, że skoro Siła Wyższa przywróciła nas do zdrowia i umożliwiła życie we względnym spokoju ducha w świecie targanym konfliktami, warto dążyć do lepszego Jej poznania w miarę możliwości, przez nawiązanie z Nią BEZPOŚREDNIEGO KONTAKTU. Przekonaliśmy się, że oddając się regularnie modlitwie i medytacji, otwarliśmy kanał, który połączył nas z Bogiem; Boska siła i przewodnictwo przestały ospale pokapywać i zaczęły płynąć do nas wartkim strumieniem, my zaś stawaliśmy się coraz bardziej zdolni Go zrozumieć.

Tak więc stosując te Kroki po pewnym czasie doświadczyliśmy niekwestionowanego przebudzenia duchowego. Obserwując tych, którzy wciąż jeszcze pełni wątpliwości stawali na początku tej drogi, mogliśmy zauważyć zachodzące w nich zmiany. W oparciu o bogactwo doświadczeń mogliśmy przewidzieć, że każdy wątpiący, który na razie ubolewa nad nieuchwytnością „podejścia duchowego” i zadowala się uznaniem ulubionej grupy AA za swoją siłę wyższą, wkrótce pokocha Boga i przyzwie Go po imieniu.

Przejdźmy teraz do pozostałej części Dwunastego Kroku. Wyzwolona przezeń energia oraz zapał, z jakim przekazujemy posłanie kolejnemu cierpiącemu alkoholikowi, a także stosujemy Dwanaście Kroków we wszystkich naszych poczynaniach – to nagroda i wspaniała rzeczywistość Anonimowych Alkoholików.

Nawet najnowszy z nowicjuszy znajduje niewyobrażalną satysfakcję, próbując pomóc bratu czy siostrze w nałogu, komuś, kto gorzej widzi niż on sam. Jest to naprawdę taki dar, za który nie oczekuje się niczego w zamian. Przychodzący z pomocą nie spodziewa się ani żadnej zapłaty, ani nawet wdzięczności. Ale wkrótce przekonuje się, że mocą jakiegoś Boskiego paradoksu – bezinteresownie dając z siebie czuje się hojnie wynagradzany, niezależnie od tego, czy jego dar został przyjęty, czy też nie. Mimo licznych jeszcze ułomności charakteru instynktownie wie, że Bóg umożliwił mu zrobienie wspaniałego początku i że stoi na progu nowych tajemnic, radości i doświadczeń, o których mu się nie śniło.

Niemal każdy członek AA stwierdza, że nic nie daje głębszej satysfakcji niż dobrze zrobiony Dwunasty Krok. Napełniające się nadzieją oczy wychodzących z mroku mężczyzn i kobiet, połączone na nowo rodziny, czyjeś życie nabierające sensu i celu, wyrzucony poza margines alkoholik przyjęty na powrót przez jego środowisko, a nade wszystko świadectwo budzenia się tylu ludzi do wiary w miłującego Boga – oto istota tego, co otrzymujemy niosąc posłanie AA innym alkoholikom.

A nie jest to przecież jedyna forma Dwunastego Kroku. Na mitingi AA przychodzimy nie tylko po lekarstwo dla siebie, ale także po to, by naszą obecnością umocnić i upewnić innych. Każda nasza wypowiedź podczas mitingu jest niesieniem posłania AA. Czy mówimy do jednej czy do wielu osób, wykonujemy Dwunasty Krok. A nawet ci z nas, którym zabieranie głosu przychodzi jeszcze z trudnością, albo którzy nie mogą lub nie mają okazji stosować Dwunastego Kroku w indywidualnych przypadkach, mają wiele innych możliwości. Mogą wykonywać na pozór nieefektowne, ale bardzo ważne zadania, które ułatwiają skuteczne niesienie posłania, jak choćby przygotowanie kawy z ciastkami po mitingu, dzięki czemu tak wielu sceptycznych, a czasem podejrzliwych nowicjuszy w przyjaznej, dowcipnej atmosferze zdołało opanować niepokój i przezwyciężyć nieufność. Tego rodzaju działalność jest stosowaniem Dwunastego Kroku w najbardziej dosłownym sensie. „Darmo otrzymałeś, darmo daj…” – oto istota tej części Dwunastego Kroku.

Często mogą się nam zdarzać takie doświadczenia Dwunastego Kroku, że na jakiś czas tracimy pewność, czy jesteśmy na właściwym torze. Każde z takich niepowodzeń wydaje się nam wielką przegraną, krokiem wstecz, ale później, z perspektywy czasu okazują się one odskocznią ku czemuś lepszemu. Możemy na przykład całkowicie poświęcić się próbie wyciągnięcia jakiejś osoby z nałogu, a po kilku miesiącach wyrzeczeń stwierdzić, że nasz podopieczny powrócił do butelki. Może tak się zdarzyć kilka razy pod rząd, a wtedy zaczynamy wątpić, czy w ogóle jesteśmy zdolni do niesienia pomocy innym alkoholikom. Czasem znajdujemy się w odwrotnej sytuacji, kiedy po serii odniesionych sukcesów czujemy się tak nimi upojeni, że grozi nam pokusa zaborczości wobec nowicjuszy. Niekiedy próbujemy dawać im rady w sprawach, w których nie jesteśmy kompetentni albo do których w ogóle nie powinniśmy się wtrącać. Dziwi nas wtedy i boli zlekceważenie tych rad albo komplikacje, do jakich doprowadziło ich przyjęcie. Podejmując się z wielką gorliwością pracy Dwunastego Kroku, czasem niesiemy posłannictwo do tak wielu alkoholików, że traktują oni nas jako mężów zaufania. Powiedzmy, że wybierają nas na przewodniczącego grupy. A wtedy znów nam grozi pokusa nadmiernego nadzorowania, co może w rezultacie prowadzić do buntu lub innych trudnych do przyjęcia konsekwencji.

Ale na dłuższą metę okazuje się dość wyraźnie, że wszystkie te problemy są jedynie bólami dojrzewania i mogą obrócić się tylko na dobre, jeśli coraz usilniej będziemy poszukiwać odpowiedzi we wszystkich Dwunastu Krokach.

Tak doszliśmy do najtrudniejszej kwestii. Jak stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach? Czy możemy traktować cały nowy wzór życia z równie gorącym zamiłowaniem, jak tę jego część, którą odkrywamy próbując pomóc innym alkoholikom w osiągnięciu trzeźwości? Czy jesteśmy zdolni wnieść w niejednokrotnie okaleczone życie rodzinne tego samego ducha miłości i tolerancji, z którym przychodzimy do grupy AA? Czy ludziom, którzy ucierpieli na skutek naszej choroby, możemy okazać taki sam rodzaj zaufania, jakim obdarzamy opiekuna w AA? Czy potrafimy kierować się duchem programu AA w codziennej pracy? Czy wobec wszystkich ludzi wykazujemy dopiero co nabyte poczucie odpowiedzialności? Czy próbując wprowadzić zmiany we wszystkich tych dziedzinach znajdujemy nieznaną nam przedtem radość życia?

Co więcej, jak dajemy sobie radę z tym, co uważamy za niepowodzenia lub sukcesy? Czy możemy obecnie pogodzić się z jednymi i z drugimi oraz przystosować się do nich bez goryczy lub pychy? Czy potrafimy odważnie i z pogodą ducha stawić czoło biedzie, chorobie, samotności lub żałobie? Czy naprawdę potrafimy cieszyć się skromniejszymi, ale często trwalszymi osiągnięciami wówczas, gdy omijają nas błyskotliwe sukcesy?

Odpowiedź na te pytania o sposób życia brzmi: „Tak, wszystko to jest możliwe.” Wiemy o tym, bo widzimy jak najboleśniejsze przejścia, pustka i monotonia, a nawet katastrofy życiowe, na naszych oczach obracają się na dobre u ludzi, którzy próbują stosować Dwanaście Kroków. A skoro to właśnie nastąpiło w życiu całej rzeszy alkoholików, którzy wyzdrowieli w AA, to samo może stać się udziałem wielu innych ludzi.

Oczywiście nikt w AA, nawet najlepsi z najlepszych, nie utrzymuje się stale na fali osiągnięć. I wcale nie musimy sięgać po pierwszy kieliszek., by wypaść z nurtu. Czasem początkiem kłopotów jest zobojętnienie. Jesteśmy trzeźwi i zadowoleni z tego, co robimy w AA. W domu i w pracy wszystko idzie dobrze. Naturalnie gratulujemy sobie osiągnięć, które później okazują się bardzo powierzchowne. A wtedy na jakiś czas przestajemy się rozwijać, ponieważ dochodzimy do wygodnego wniosku, że my sami nie musimy stosować WSZYSTKICH Dwunastu Kroków. Nam wystarcza kilka, by sobie poradzić. Często są to, być może, tylko dwa kroki: Pierwszy i ta część Dwunastego, która zaleca, by „nieść posłanie” W żargonie AA ten błogi stan znany jest jako „DWUKROK”. Można w nim trwać latami.

Nawet ci z nas, którzy mają najlepsze intencje, mogą popaść w złudzenie „dwukroku” Ale wcześniej czy później mija okres pierwszego entuzjazmu, rozpraszają się obłoki, w których chętnie bujamy i powraca szara rzeczywistość. Ogarniają nas myśli, że AA niewiele nam daje. Wkrada się poczucie niepewności i zniechęcenia.

A wtedy zazwyczaj życie nagle ciska grom, po którym nie możemy się podnieść, a co dopiero zachować równowagę ducha. Nie otrzymujemy zasłużonego awansu w pracy, albo w ogóle tracimy posadę. Czasem w domu wybucha gwałtowny konflikt, a kiedy indziej kończy się największa w życiu miłość. Ginie na wojnie syn, którego bezpieczeństwo powierzyliśmy opiece Bożej.

Co teraz? Czy my, alkoholicy w AA, uzyskaliśmy lub możemy uzyskać takie zasoby siły wewnętrznej, by sprostać nieszczęściom, które przecież spotykają bardzo wielu ludzi? Właśnie z takimi przeciwnościami losu nigdy dotąd nie dawaliśmy sobie rady. Czy teraz możemy, z pomocą Boga, jak Go pojmujemy, stawić im czoła z odwagą równą tej, jaką wykazuje wielu naszych przyjaciół nie będącymi alkoholikami? Czy możemy obrócić nieszczęścia w zwycięstwa, a w cierpieniu znaleźć źródło rozwoju duchowego i pociechy dla siebie samych oraz dla otaczających nas ludzi?…Na pewno tak, jeśli przejdziemy od „DWUKROKU” do wszystkich Dwunastu Kroków, jeśli osiągniemy gotowość do przyjęcia łaski Bożej, która może podtrzymać nas i umocnić w każdym nieszczęściu.

W gruncie rzeczy mamy takie same troski i problemy jak inni ludzie. Z tym jednak, że wytrwali członkowie AA, którzy szczerze próbują „stosować te zasady we wszystkich poczynaniach” wykazują, dzięki Bożej łasce, szczególną zdolność radzenia sobie z tymi problemami i przekształcenia ich w dowody nieugiętej wiary… Spotykaliśmy członków AA cierpiących na przewlekłe, nieuleczalne choroby, bez słowa skargi, a nawet bez utraty pogody ducha…Widzieliśmy rozbite na skutek nieporozumień, napięć lub zdrady małżeńskiej rodziny, które schodziły się z powrotem po wejściu na drogę życia AA.

Choć większość z nas posiada względnie dobre możliwości zarobkowe, niektórzy przeżywają chroniczne kłopoty pieniężne, a inni stoją w obliczu nagłego kryzysu finansowego. Zazwyczaj zachowujemy wobec tych niepomyślności odporność i wiarę.

Jak większość ludzi przekonaliśmy się, że potrafimy stawić czoła nieszczęściom. Ale także podobnie jak inni, niejednokrotnie mamy większe trudności z uporaniem się z mniej dramatycznymi, codziennymi kłopotami życiowymi. Naszym rozwiązaniem jest pogłębienie rozwoju duchowego, jako jedynego środka, który może prowadzić do szczęśliwego i pożytecznego życia. A jednocześnie w miarę rozwoju duchowego zaczynamy sobie zdawać sprawę z potrzeby drastycznej zmiany stosunku do instynktów. Musimy powściągać i inaczej ukierunkować nasze przemożne pragnienia bezpieczeństwa uczuciowego i zamożności, prestiżu i władzy, miłostek i zadowolenia w życiu rodzinnym. Przekonaliśmy się, że zaspokojenie instynktów nie może być jedynym celem i sensem życia. Umieścić instynkt na pierwszym planie to tak, jak postawić wóz przed koniem: pociągnie on nas do tyłu – w rozczarowanie.Jeśli jednak na pierwszym miejscu postawimy rozwój duchowy, to wtedy i tylko wtedy, otworzą się przed nami ogromne możliwości.

Jeżeli po przystąpieniu do AA nie ustajemy w rozwoju, nasz stosunek do potrzeby bezpieczeństwa emocjonalnego i materialnego zaczyna ulegać głębokiej zmianie. Dążenie do bezpieczeństwa emocjonalnego, do stawiania zawsze na swoim, zawsze uniemożliwiało nam zgodne współżycie z ludźmi. Choć najczęściej byliśmy tego nieświadomi, rezultaty były zawsze takie same. Albo odgrywaliśmy rolę Pana Boga, próbując dominować nad bliskimi, albo robiliśmy wszystko, aby utrzymać się w nadmiernej od nich zależności. Gdy ludzie, niczym dzieci, pozwalali nam przez jakiś czas kierować ich życiem, dawało nam to poczucie ogromnego zadowolenia i wewnętrznego bezpieczeństwa. Ale kiedy w końcu buntowali się lub uciekali od nas, czuliśmy się zranieni i gorzko rozczarowani. Mieliśmy do nich o to pretensje, zrzucaliśmy też na nich całą winę, nie potrafiąc zrozumieć, że przyczyna ich buntu lub ucieczki były nierozsądne wymagania z naszej strony.

Równie niedobrze kończyły się stosunki z tymi, od których jak oseski wymagaliśmy nieustannej opieki i ochrony, wychodząc z założenia, że należy nam się od świata troska o nasz dobrobyt. Powodowało to niejednokrotnie, że ci, których kochaliśmy najbardziej, odpychali nas lub całkowicie nas opuszczali. Rozczarowanie było trudne do zniesienia. Nie wyobrażaliśmy sobie, by mogli nam zrobić coś takiego. Nie potrafiliśmy dostrzec, że choć dorośli wiekiem, wciąż postępowaliśmy jak dzieci, usiłując narzucić wszystkim wokół – przyjaciołom, żonom, mężom i całemu światu – rolę opiekuńczych rodziców. Nie chcieliśmy przyjąć do wiadomości twardej prawdy, że nadmierna zależność od innych zawsze kończy się niepowodzeniem, ponieważ nie ma ludzi o bezgranicznej wytrwałości i nawet najlepsi spośród bliskich czasem się od nas odwrócą, zwłaszcza wówczas, gdy wymagamy od nich zbyt wiele uwagi.

W miarę rozwoju duchowego otworzyły nam się oczy na istotę tych błędów, stało się jasne, że warunkiem bezpieczeństwa uczuciowego w stosunkach z dorosłymi ludźmi jest zasada wzajemnego dawania i otrzymywania, że musimy wyrobić w sobie poczucie partnerstwa i braterstwa z otaczającymi ludźmi. Zrozumieliśmy, że będziemy musieli nieustannie dawać z siebie, nie licząc na odpłatę. Okazało się, że dzięki takiemu postępowaniu stopniowo zaczęliśmy przyciągać do siebie ludzi silniej niż kiedykolwiek przedtem. A jeśli nawet niektórzy nas zawiedli, potrafiliśmy ich zrozumieć i nie czuliśmy się zbyt dotkliwie urażeni.

Postępując dalej w rozwoju, zdaliśmy sobie sprawę, że najlepszym źródłem równowagi uczuciowej jest sam Bóg. Przekonaliśmy się, że zależność od Niego, od Jego doskonałej sprawiedliwości i miłosierdzia jest zależnością zdrową i sprawdza się, kiedy wszystko inne zawodzi. Znajdując prawdziwe oparcie w Bogu, nie odgrywamy Jego roli w stosunku do otoczenia ani też nie mamy potrzeby, by całkowicie polegać na opiece i ochronie innych ludzi. Taka zmiana postawy przyniosła wielu z nas wewnętrzną siłę i spokój, których podstaw nie są zdolne podważyć wady innych ani żadne niezawinione przez nas samych nieszczęścia.

Przekonaliśmy się również, że ten nowy stosunek do życia jest nam alkoholikom szczególnie potrzebny. Bo alkoholizm był samotną walką, nawet jeśli otaczali nas kochający ludzie. Kiedy jednak nasza samowola odepchnęła nas od wszystkich i zostaliśmy całkowicie osamotnieni, próbowaliśmy udawać grube ryby w podrzędnych knajpach, a później wałęsaliśmy się samotnie po ulicach, zdani na łaskę obcych przechodniów. Ale nadal usiłowaliśmy znaleźć poczucie bezpieczeństwa uczuciowego w dominacji nad innymi lub w zależności od nich. Nawet jeśli nałóg nie wyrzucił nas na bruk, też czuliśmy się samotni na świecie i bezskutecznie próbowaliśmy znaleźć zaczepienie w jakiejś niezdrowej formie dominacji lub zależności. Dla tych z nas, którzy przez to przeszli, AA ma szczególne znaczenie, ponieważ Tu zaczynamy uczyć się właściwych stosunków z rozumiejącymi nas ludźmi i nie musimy już dłużej pozostawać samotni.

Większość zamężnych kobiet i żonatych mężczyzn w AA ma szczęśliwe życie rodzinne. W zadziwiającej liczbie przypadków AA przyczyniło się do wydźwignięcia okaleczonych rodzin z ruin spowodowanych latami nałogu. Ale podobnie jak wszyscy ludzie przeżywamy problemy seksualne i małżeńskie, niekiedy bardzo bolesne. Jednakże wypadki całkowitego rozbicia małżeństw lub separacji są w AA stosunkowo rzadkie. Naszą główną troską jest nie to, jak utrzymać związek małżeński, ale raczej jak żyć szczęśliwiej w małżeństwie, unikając poważnych wypaczeń uczuciowych, które tak często były skutkiem alkoholizmu.

Niemal każdy zdrowy człowiek w jakimś momencie życia doświadcza przemożnego pragnienia, aby znaleźć partnera czy partnerkę odmiennej płci z zamiarem połączenia się w najpełniejszy ze wszystkich związek – duchowy, umysłowy, uczuciowy i fizyczny. Ludzkość zawdzięcza wiele osiągnięć temu potężnemu impulsowi, zdolnemu wyzwolić energię twórczą, często zmieniającą bieg naszego życia. Takim stworzył nas Bóg. Warto więc zastanowić się, jak to się dzieje, że na skutek niewiedzy, braku pohamowania i samowoli, nadużywamy tego daru na własną zgubę? My, Anonimowi Alkoholicy, nie twierdzimy wcale, że znaleźliśmy wyczerpujące i uniwersalne rozwiązanie tego starego jak świat dylematu. Ale doświadczenie podsunęło nam pewne rozwiązania pomocne dla nas.

Skutkiem choroby alkoholowej jest rozwój patologicznych sytuacji, coraz bardziej utrudniających istnienie małżeńskiego partnerstwa i zgodnego związku. Jeśli mąż jest dotknięty chorobą, żona musi stać się głową domu, a często także żywicielką rodziny. Kiedy sprawy przyjmują coraz gorszy obrót, mąż alkoholik staje się chorym i nieodpowiedzialnym dzieckiem, którym stale trzeba się opiekować oraz wyciągać z niekończących się tarapatów i wpadek. Stopniowo, nieraz bardzo powoli i zazwyczaj zupełnie nieświadomie, żona czuje się zmuszona być matką niesfornego chłopca. Jeśli do tego jest kobietą o silnym instynkcie macierzyńskim, tym gorzej. Naturalnie w takich warunkach zanika wszelkie partnerstwo. Żona zazwyczaj stara się postępować jak najlepiej, ale alkoholik na przemian uwielbia tę macierzyńską opiekę i nienawidzi jej… W ten sposób powstaje model współżycia, którego odwrócenie może później wymagać wielkiego wysiłku. Tym niemniej pod wpływem Dwunastu Kroków AA tego rodzaju stosunki często ulegają naprawie. Niekiedy jednak, gdy wypaczenia współżycia posunęły się bardzo daleko, proces naprawy wymaga długich, cierpliwych starań. Po przystąpieniu męża do AA, żona może być niezadowolona, a nawet urażona, że Anonimowym Alkoholikom udało się to, czego ona sama nie zdołała osiągnąć przez długie lata bezgranicznych poświęceń. Jej mąż, pochłonięty mitingami i nowymi przyjaciółmi w AA, może teraz nierozważnie przebywać poza domem jeszcze częściej niż wtedy, kiedy pił. Widząc jej niezadowolenie, zaleca jej Dwanaście Kroków i próbuje pouczać ją, jak żyć. Ona jest oczywiście przeświadczona, że przez całe lata dawała sobie o wiele lepiej radę ze sztuką życia niż on. Oboje robią sobie nawzajem zarzuty i zastanawiają się, czy ich małżeństwo kiedyś znowu będzie szczęśliwe. Niekiedy zaczynają nawet wątpić, czy w ogóle kiedykolwiek ich związek był udany.

Oczywiście czasami współżycie jest aż tak zrujnowane, że separacja jest nieunikniona. Są to jednak rzadkie wypadki. Alkoholik zdając sobie sprawę, ile wycierpiała jego żona, i rozumiejąc, jak wielkie krzywdy on sam wyrządził jej i dzieciom, prawie zawsze chętnie podejmuje obowiązki rodzinne i stara się naprawić, co może, godząc się z tym, czego nie może naprawić. Stara się zawsze stosować wszystkie Dwanaście Kroków w życiu rodzinnym, na ogół z dobrymi rezultatami. Zaczyna postępować stanowczo, ale zawsze z miłością, jak partner, a nie jak nieznośny chłopiec. A przede wszystkim jest ostatecznie przekonany, że burzliwe romanse nie są dla niego odpowiednim stylem życia.

W AA znajduje się wiele osób w stanie wolnym, które myślą o małżeństwie i mają odpowiednie warunki, aby ożenić się czy wyjść za maż. Niektórzy znajdują przyszłych współmałżonków w AA. Czy są to udane związki? Najczęściej bardzo. Wspólne cierpienia jako alkoholików, wspólne zainteresowanie programem AA i sferą przeżyć duchowych, zazwyczaj umacniają takie związki. Pewne trudności mogą jedynie zaistnieć wówczas, gdy „chłopiec spotyka dziewczynę w AA” i wybucha między nimi miłość od pierwszego wejrzenia. Przyszli partnerzy na resztę życia, powinni być bowiem solidnie ugruntowani w AA i moc na tyle dobrze się poznać, by wiedzieć, że ich wzajemne dopasowanie na płaszczyźnie duchowej, umysłowej i uczuciowej jest faktem, a nie pobożnym życzeniem. Muszą być na tyle, na ile jest to możliwe, pewni, że w żadnym z nich nie kryje się jakaś głęboka skaza uczuciowa, która później, pod wpływem jakichś napięć, mogłaby się ujawnić i okaleczyć ich związek. Te sugestie są zresztą równie stosowne i ważne dla tych Anonimowych Alkoholików, którzy znajdują sobie współmałżonków poza AA. Prawdziwe zrozumienie i dojrzały stosunek do życia zawsze prowadzą do szczęśliwych rezultatów.

Co można powiedzieć o licznych członkach AA, którzy z różnych powodów nie maja rodzin? Niektórzy z nich widząc tyle szczęścia rodzinnego wokół siebie, początkowo boleśnie odczuwają samotność i poczucie opuszczenia przez innych. Skoro sami nie mogą doświadczyć takiego szczęścia, to czy AA może dostarczyć im równie wartościowych i trwałych satysfakcji? Tak – o ile sami będą o to wytrwale zabiegać. Otoczeni gromadą przyjaciół w AA, tak zwani samotnicy przestają czuć się samotni. Wspólnie z innym ludźmi – zarówno kobietami jak i mężczyznami – mogą poświęcić się wielu nowym przedsięwzięciom, ludziom, twórczym projektom. Wolni od obowiązków małżeńskich, mogą uczestniczyć w przedsięwzięciach, na które ludzie obciążeni rodziną nie znaleźliby czasu i energii. Codziennie jesteśmy świadkami wielu aktów bezinteresownych poświęceń, które samotnym członkom AA przynoszą w nagrodę olbrzymią radość.

Równie drastycznym zmianom uległ nasz stosunek do pieniędzy i wartości materialnych. Z nielicznymi wyjątkami wszyscy byliśmy rozrzutni. Sypaliśmy pieniędzmi na wszystkie strony dla własnej przyjemności i żeby wywrzeć wrażenie na innych. W okresach picia zachowywaliśmy jak gdyby nasze zasoby pieniężne były bez dna, choć w przerwach pomiędzy pijatykami wpadaliśmy w drugą skrajność, dusząc każdy grosz. Nie zdając sobie z tego sprawy, gromadziliśmy fundusze na kolejny wyskok. Pieniądze były symbolem wszystkich przyjemności i podstawą wysokiego mniemania o sobie. Kiedy głębiej pogrążyliśmy się w nałóg, posiadanie pieniędzy stało się już tylko nagląca koniecznością, gwarancją zdobycia kolejnej dawki alkoholu i chwilowej ucieczki w zapomnienie.

Po przystąpieniu do AA postawy te uległy radykalnemu – czasem nawet zbytniemu – odwróceniu. Gdy dostrzegliśmy lata marnotrawstwa, wpadliśmy w panikę. Baliśmy się, że nigdy nie starczy nam czasu, aby odrobić te ogromne straty. Jakże sobie poradzić z tą masą długów, zdobyć przyzwoity dach nad głową, wykształcić dzieci, odłożyć coś na starość? Nie zależało nam już na popisywaniu się zamożnością, a jedynie na zdobyciu zabezpieczenia materialnego. Nawet po odzyskaniu dobrej pozycji zawodowej, nadal prześladowały nas te okropne lęki. Staliśmy się na powrót skąpcami i dusigroszami. Albo będziemy mieć zapewnione bezpieczeństwo materialne, albo… Zapominaliśmy, że zdolności zarobkowe większości alkoholików a AA są znacznie wyższe od przeciętnej. Zapominaliśmy o niespotykanej życzliwości przyjaciół z AA, gotowych w każdej chwili dopomóc nam w znalezieniu lepszej pracy, jeśli tylko na nią zasłużymy. Zapominaliśmy, że rzeczywista lub potencjalna niepewność materialna jest losem niemal wszystkich ludzi na świecie. A przede wszystkim zapominaliśmy o Bogu. W sprawach pieniężnych wierzyliśmy tylko w siebie, a i to nie za bardzo.

Wszystko to oczywiście znaczyło, że byliśmy wciąż jeszcze daleko od równowagi. Kiedy pracę traktowaliśmy wyłącznie jako źródło zarobku, a nie jako szansę pożytecznego działania, kiedy zdobywanie pieniędzy w celu zapewnienia sobie niezależności materialnej wydawało się ważniejsze niż oparcie w Bogu – w dalszym ciągu pozostawaliśmy ofiarami nieuzasadnionych lęków. A lęki tego rodzaju uniemożliwiają jakąkolwiek spokojną i pożyteczną egzystencję, i to niezależnie od stopy życiowej.

Ale z czasem przekonaliśmy się, że za pomocą Dwunastu Kroków AA możemy wyzbyć się tych lęków, bez względu na to, jak przedstawia się nasza sytuacja materialna. Mogliśmy teraz z radością wykonywać najskromniejsze nawet prace bez troski o jutro. Jeśli mieliśmy dobre warunki bytowe, przestawaliśmy drżeć ze strachu, czy nie zmienią się na gorsze, bo przecież znaliśmy już z własnego doświadczenia wartość „szczęścia w nieszczęściu”. Nasza sytuacja materialna traciła znaczenie; coraz ważniejszy stawał się stan ducha. Pieniądze stopniowo zaczynały służyć nam, a nie my pieniądzom. Mogliśmy ich teraz używać jako środka do okazywania innym ludziom uczuć i pomocy. Kiedy z Bożą pomocą pogodziliśmy się ze swoim losem, przekonaliśmy się, że możemy zawrzeć ze sobą pokój i powiedzieć innym, wciąż jeszcze przeżywającym tego rodzaju lęki, że oni także mogą je przezwyciężyć. Zrozumieliśmy, że wolność od lęku jest ważniejsza niż wolność od braków materialnych.

Zwróćmy teraz uwagę na poprawę naszych poglądów co do osobistej ważności,żądzy władzy,ambicji oraz zdolności przywódczych. Były to rafy, o które rozbił się niejeden pijany statek życiowy.

Prawie każdy chłopiec marzy, by zostać prezydentem USA. Chce być czołowym człowiekiem swego kraju. Gdy dorasta i nabiera bardziej realistycznego stosunku do życia, z pobłażliwym uśmiechem wspomina te dziecinne marzenia. Później przekonuje się, że prawdziwego szczęścia nie osiąga się w zabieganiu o czołowe pozycje ani w bezwzględnej walce o najwyższe stawki w postaci pieniędzy, miłosnych podbojów, władzy. Uczy się, że zadowolenie przynosi dobra gra tymi kartami, jakie rozdaje mu życie. Jest nadal ambitny, ale nie absurdalnie, ponieważ potrafi dostrzec i zaakceptować rzeczywistość. Dąży do osiągnięcia na miarę swych możliwości.

Inaczej jest z alkoholikiem. Na początku istnienia AA zespół wybitnych psychologów i lekarzy przeprowadził szeroko zakrojone badania dużej grupy ludzi mających, jak się wtedy mówiło, problem z piciem. Naukowcy nie próbowali stwierdzić, co nas różni od siebie, chcieli przede wszystkim dowiedzieć się, czy i jakie cechy osobowości są wspólne dla całej badanej grupy alkoholików. Doszli ostatecznie do wniosków, które zaszokowały ówczesnych członków AA. Ci dostojni eksperci mieli czelność stwierdzić, że większość badanych alkoholików cechowała dziecinna niedojrzałość, drażliwość uczuciowa i skłonność do popisywania się.

Jakże oburzył nas ten werdykt! Nie mogliśmy przecież przyjąć do wiadomości, że nasze dorosłe projekty były w istocie dziecinnymi mrzonkami. Zważywszy, jak twardą szkołę dało nam życie, nasza wrażliwość wydawała nam się zupełnie zrozumiała. Co się zaś tyczyło zarzutu samochwalstwa, twierdziliśmy, że kierowało nami wyłącznie uzasadnione i wartościowe pragnienie, by zwyciężać w walce, jaką jest życie.

Z czasem jednak większość z nas przyznała uczonym rację. Pogłębiliśmy bowiem wiedzę o nas samych i o ludziach wokół nas. Dostrzegliśmy, że zupełnie nieuzasadnione lęki i niepokoje podsycały w nas nieustanne dążenie do sławy, pieniędzy i czegoś, co uważaliśmy za przywództwo nad innymi. W ten sposób fałszywa duma stała się drugą stroną oszukańczej monety z napisem „strach”. Musieliśmy starać się być najlepsi tylko po to, by ukryć głęboki kompleks niższości. Przy każdym sporadycznym sukcesie fantazjowaliśmy o najwspanialszych podbojach, przy każdym niepowodzeniu gorzknieliśmy. Kiedy nie udawało nam się w ogóle zabłysnąć, stawaliśmy się coraz bardziej przygnębieni i zamknięci w sobie. Wtedy ludzie mówili, że jesteśmy „z tych gorszych”. Teraz jednak wiemy, że zawsze – w chwilach sukcesów i niepowodzeń – byliśmy w gruncie rzeczy tacy sami. Wszyscy byliśmy w głębi serca chorobliwie lękliwi. I właściwie nie miało znaczenia, czy kryliśmy się na marginesie życia, pijąc do zapomnienia, czy też szaleńczo i samowolnie rzucaliśmy się w wir przygód przerastających nasze siły i zdolności. Rezultat zawsze był taki sam: wszyscy byliśmy blisko utonięcia w morzu alkoholu.

Ale dzisiaj naprawdę dojrzali Anonimowi Alkoholicy potrafią nakierować instynkt we właściwym kierunku i celu. Już nie usiłujemy dominować nad bliskimi ani nimi rządzić w celu zaspokojenia poczucia własnej ważności. Przestaliśmy gonić za sławą i zaszczytami, aby czuć się docenionymi. Jeśli dzięki poświęceniom na rzecz rodziny, przyjaciół, pracy czy społeczeństwa bywamy otoczeni powszechną sympatią, a czasem wyznaczani na odpowiedzialne stanowiska i obdarzani zaufaniem – staramy się przyjmować to z pokorna wdzięcznością i dawać z siebie jeszcze więcej w duchu miłości i służby. Dziś wiemy, że prawdziwe przywództwo opiera się na czynnym przykładzie, a nie na roztaczaniu pióropusza władzy i chwały.

Jeszcze cudowniejszym jest uczucie, że nie trzeba szczególnie się wyróżniać spośród innych, aby być pożytecznym i naprawdę szczęśliwym. Niewielu z nas może – i nadal pragnie – zostać słynnymi przywódcami. Pogodne poświęcenie dla innych, skrupulatnie wykonywane obowiązki, umiejętność pogodzenia się z kłopotami lub radzenia sobie z nimi z Bożą pomocą, przeświadczenie, że w domu i poza domem jesteśmy partnerami we wspólnym wysiłku, niezachwiana świadomość, że w oczach Stwórcy wszystkie istoty ludzkie są jednakowo ważne, dowody na to, że dawana bez zastrzeżeń miłość zawsze zostaje w pełni odwzajemniona, pewność, że już przestaliśmy być odizolowani i samotni w stworzonym przez siebie więzieniu, świadomość, że nie musimy już dłużej tkwić na niewłaściwym miejscu, bo przecież mamy swoje własne miejsce w Boskim porządku rzeczy – oto trwałe i zasłużone radości uczciwego życia, których nie zastąpią żadne splendory ani góry materialnych posiadłości. Prawdziwa ambicja jest czym innym niż sądziliśmy. Prawdziwą ambicją jest szczere pragnienie pożytecznego życia i pokornej wędrówki w promieniach łaski Bożej.

Dochodzimy do końca tych skromnych rozważań na temat Dwunastu Kroków AA. Poruszyliśmy tu tak wiele problemów, że może się wydawać, iż AA zajmuje się głownie rozwiązywaniem dylematów i problemów. Jest to w pewnym stopniu prawdą. Mówiliśmy o problemach, bo sami jesteśmy ludźmi z problemem, którzy znalazłszy sposób rozwiązania tego problemu, pragną podzielić się swą wiedzą z każdym, dla kogo może być ona użyteczna. A przecież tylko przez pogodzenie się z naszymi problemami i ich rozwiązanie możemy zacząć żyć w zgodzie z sobą , ze światem wokół nas i z Nim, który nam wszystkim przewodzi… Zrozumienie jest kluczem do właściwych zasad i postaw, a właściwie postępowanie jest kluczem do dobrego życia, toteż dlatego właśnie radość dobrego życia jest tematem Dwunastego Kroku.

Niech więc z każdym mijającym dniem w życiu, każdy z nas wczuwa się coraz lepiej w najgłębszy sens prostej modlitwy AA:

Boże, użycz mi pogody ducha,
abym godził się z tym, czego zmienić nie mogę,
odwagi, abym zmieniał to, co zmienić mogę,
i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego”.

Jeżeli moja strona ci się podoba dodaj prosze plusik…
Reklama
Jest możliwość umieszczenia reklamy na mojej stronie. Zainteresowanych zapraszam do kontaktu